Ja do moich kochanych czytelników: Chciałam was prosić o pomoc w promocji bloga.. owszem jest ponad 2,300 wyświetleń, ale mało komentarzy. Jeżeli chcecie czytać dalej historię Naomi i Justina, to postarajcie się o komentarze. Ja staram się wypromować, jednak sama nie daje rady. Widzę, że nikt tego praktycznie nie komentuje.. więc nawet nie wiem czy pisanie dalej ma sens.
- podpisujcie się w komentarzach, jeśli są anonimowe.
Dziękuje za uwagę: Autor.
środa, 19 marca 2014
środa, 12 marca 2014
[04]
* - Mamusiu patrz co dostałam od Samuela! - biegałam uradowana po kuchni, mój brat sprawił mi niespodziankę, bransoletka była cudowna. Cieszyłam się ogromnie, mój brat wydał na mnie swoje oszczędności, aby sprawić mi przyjemność. Tak bardzo go kocham, jest jedynym i cudownym bratem, nie oddam go.
Podbiegłam do mamy, pokazując otrzymany prezent, jej śmiech roznosił się po kuchni.
- Cudowna. - ucałowała mój policzek, zachichotałam, oderwałam się od uścisku mamusi i pobiegłam do brata. Uściskałam go z całej siły, jaką posiadałam w swoim wieku, objął mnie ramieniem.
- Dziękuje! - wykrzyczałam mu do ucha, byłam zachwycona tym.
- Dal ciebie wszystko siostra. - powiedział dumnie, jego uśmiech zarażał mnie, był moim aniołkiem. *
Zaśmiałam się pod nosem na samo wspomnienie tego momentu, było to cudowne uczucie, byłam ważna dla niego. Teraz mam inne wrażenie, gdybym była ważna, to by mnie niw okłamywał. Zaciągnełam się powietrzem, było wymieszane z męskimi perfumami, co mnie troszkę ździwiło. Otworzyłam oczy i ujrzałam nie znajomą mi twarz, przestraszyłam się trochę. Uważnie zeskanowałam twarz nieznajomego, było w nim coś znajomego, może go widziałam kiedyś. Patrzył się tępo przed siebie, co mnie strasznie irytowało. Nic nie poradzę na fakt, że jestem w gorącej wodzie kąpana.
- Kim jesteś? - spytałam w miare spokojnie, nie chciałam aby wyczuł mój strach czy poirytowanie.
- Nie musisz tego wiedzieć. - zaśmiał się kpiąco, dalej patrząc się przed siebie. No co za dupek, dość, że nie wiem kim jest, to nawet nie raczy mnie spojrzeniem. Małpy go w zoo wychowywały czy orangutany w dżungli?
- To w takim razie powiesz mi czego chcesz? - skupiłam wzrok na miejscu, w które uparczie patrzył mój towarzysz, a raczej przybłęda. Nic ciekawego tam nie było, drzewa, ławka, trawa. Nie wiem co on w tym punkcie widzi, ale można dostać obłędu od patrzenia w nie.
- Powiedzmy, że mam dla Ciebie zlecenie. - spojrzał na mnie, te same tęczówki, doskonale je pamiętam.
* Trawa, koc, niebo i my. Kochałam takie popołdnia z moim ukochany, zawsze tylko my, z dala od wszystkiego i wszystkich.
- Jak myślisz, co będzie za kilka lat? - zapytałam go, patrząc w te cudowne brązowe tęczówki, kochałam je. Zawsze była w nich radość, pomimo bólu w środku. Przejechał dłonią po moim ramieniu, dając przy tym mi dreszcz, przyjemny. Zaśmiałam się delikatnie i wtuliłam bardziej w jego tors.
- Jak to co? My. - powiedział pewny siebie, tak jakby znał doskonale dalsze swoje i moje życie. *
- Słyszysz mnie? - wyrwałam się z tego toku myślenia, spojrzałam zdezorientowana na chłopaka obok. - O czym myślałaś? - nie wiedziałam skąd padło to pyatnie, może to moja wyobraźnia, a może on. Czułam mały mętlik w głowie, wszystko było inne niż 3 min temu.
- Jakie zlecenie? - spojrzałam niepewnie na niego, miał to coś w oczach. Dobra stop, nie wiem kim on jest i jakie ma zamiary ale musze się dowiedzieć.
- Zabijesz dla mnie kogoś. - powiedział spokojnie, w jednej chwili myślałam, że to żart. Jednak powaga sytuacji mówiła, że mam się bać i tak też było. Całkowicie mnie zamurowało, gdybym była w jakiejś kreskówce to napewno dawno bym zgubiła szczenkę.
- Hahaha ale się uśmiałam. - rzuciłam sarkastycznie, nie wiem w czym tkwie ale napewno to nie jakaś komedia.
- Nie masz wyjścia. - zaśmiał się i wstał. - Mogłaś nie zabijać ich. - dodał, po czym poraz drugi zaśmiał się, lecz po chwili spoważniał. Przez myśli przeleciało całe moje mordercze życie, nie wiedziałam jakim cudem on wie. Może mnie śledzi od lat, wie o każdym moim ruchu, co robie.
- Kim ty do cholery jesteś? - wstałam z ławki, czułam narastającą irytację. Jakby ktoś kręcił film i nie powiadomił mnie o tym, a ja jak głupia w tym gram.
- Uspokuj się. - zasalutował mnie, co bardziej potęgowało moje wkurzenie. Nie rozumiem o co w tym wszystkim chodzi, dlaczego ja. Poczułam silną dłoń, która oplotła moją talie, na co się wzdrygłam. - Cicho bądź. - warknął, zdałam sobie sprawę, że to ten sam chłopak. Miałam ochote wywalić mu, pokazać, że nie lubie takich zabaw, ale jest ryzyko, że mi coś zrobi. Stałam nieruchomo, strach stopniowo paraliżował moje ciało, a widok funkcjonariuszy policji potęgował go. Bałam się bardziej, jeżeli mnie szukają, to leże, ale z drugiej strony on. Skoro tak zaragował i przykleił się do mojego ciała, to może jego szukają.
- Ohh.. Ciekawe kogo szukają? Może ciebie? - rzuciłam wbijając wzrok w policjantów, nie wiedziałam co tutaj może się wydarzyć. Bałam się, że to mnie szukają, przecież mnie podejrzewali, a dowody mogły napłynąć. Nie zniose życia w więzieniu, patrzenia na kraty i tych wszystkich gwałcicieli, morderców.
- Stul się, Ciebie też mogą zamknąć. - warknął wprost do mojego ucha, podskoczyłam. - Odezwę się niedługo. - jego oddech drażnił mój kark, czego nie lubiałam. Jednak po chwili ustało, jego dłonie znikneły. Zdezorientowana odwróciłam się do tyłu, jego nie było, super. Normalnie jak tania komedia sensacyjna z kiczowatą fabułą. Dziwnie się czułam, miałam mieszane uczucia, ale nie wiedziałam jak to nazwać. Ruszyłam jak najdalej stąd, gdzie się nie pojawie, zawsze coś. Czy ja musze mieć zawsze takiego cholernego pecha, o co chodzi?
Szłam chodnikiem do bramy głównej parku, chciałam znaleźć się już w domu. No tak, ja nie mam domu, nie wróce tam. Gdybym wiedziała o tym wcześniej, napewno bym nie zgodziła się na coś takiego. Poczułam dość mocne uderzenie w uda, co skupiło mój wzrok. Był blondyn, miał ciemne oczy i po części był podobny do... um.. Justina? Nie to nie możliwe, dla pewności rozejrzałam się aby potwierdzić, braku obecności Justina. Niestety, zbliżał się w naszym kierunku. Od razu zaczełam analizować plan, jednak nawet na to nie miałam chęci. Wszystko krążyło wokół tego chłopaka, co rozmawiał ze mną.. był tak podobny do Josha.. Co ja do cholery bredze, to wszystko, za dużo tego. W tym samym momencie męskie perfumy drażniły moje zmysły, nie musiałam zgadywać aby wiedzieć od kogo tak pachnie. Mimowolnie zaśmiałam się ood nosem, nawet nie potrafie określić dlaczego.
- Widzę, że Jaxon masz dobry gust. - melodyjny głos wydobył się z ust chłopaka, a więc ten mały to Jaxon. Justin, Jaxon ciekawe kto jeszcze u niego w rodzinie ma imię na J.
- To nie chcący. - powiedział zakłopotany chlopczyk, posłałam mu uśmiech, jednak szybko wróciłam wzrokiem do Justina. Te jego hipnotyzujące oczy wpatrywały sie w moją osobę, co było nawet krępujące.
- Myślę, że kawa powinna załatwić cały wypadek. - pewny siebie Juss uśmiechnął się zalotnie, czego nie potrafiłam nieodwzajemnić. Powinnam realizować mój plan, a nie sama poddawać się jego zalotom.
- Może.. - przygryzłam delikatnie dolną wargę, na co chłopak przechal swoim językiem po wardze. On naprawdę nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo kusi.
- Znam kawiarnie niedaleko. - ruszyliśmy przed siebie, oczywiście Justin obok mnie. Miałam wrażenie, że ktoś mnie dalej obserwuje. Może mam jakieś urojenia. Niepewnie obejrzałam się dookoła siebie, co przykuło uwagę chłopaka. - Wszystko dobrze? - nie wiedziałam co mam odpowiedzieć, no ale przecież nie powiem mu co się dzieje. Wtedy bym wszystko zepsuła napewno, a tego teraz nie chce.
Kelnerka przyniosła nam kawe, a małemu lody. Siedzieli obok siebie, a zarazem na przeciwko mnie, dzięki czemu miałam lepszy widok na nich. Obaj byli przystojni, napewno Jaxon bedzie wyrywał wiele dziewczyn. Justin uważnie mnie obserwował, co nie dało się nie zauważyć. Otwierał usta w celu wypowiedzenia czegoś, ale po chwili rezygnował. No ale skoro nie chce mówić, to nie będę nalegać, może ma powody. Od kąd weszliśmy była niezręczna cisza, chciałam ją przerwać, ale nie wiedziałam co mam powiedzieć. Moj wzrok przykuło dwóch mężczyzn, którzy weszli do kawiarni. Nie mieli nic ciekawego w sobie, aby zwrócić konkretną uwagę.
- Szukamy Naomi Lewis i Justina Biebera. - rzucił jeden z mężczyzn, moje serce zamarło. Dlaczego ktoś nas szuka, i co mamy z tym oboje wspólnego. Niepewnie spojrzałam na Justina, który sam nie wiedział o co chodzi.
- Zależy kto pyta. -odezwał się Juss, dwóch mężczyzn zbliżyło się do nas, po czym sięgneli za siebie i wyciągneli broń. Stop! Broń! Czułam panike, strach, wszystko co możliwe. Jaxon zaczął się chować w ramionach Justina, a ja siedziałam nieprzytomna. Wszystko dzialo się tak szybko, huk, ból, zimno.
- Josh Mirror - usłyszałam jedyne słowa, potem nicość mnie zabrała. Nie wiem co się stało, co z Justinem? Gdzie ja jestem, co teraz?
Jak rozdział 4? No trochę się działo, pewnie pogubiliście się o co chodzi.
Jak myślicie co Justin i Naomi mają wspólnego z tym wszystkim i kim jest Josh Mirror? Noo mam nadzieje, że wam się podoba.
Czytasz = Komentarz
Rozdział 5 = 10 komentarzy
Podbiegłam do mamy, pokazując otrzymany prezent, jej śmiech roznosił się po kuchni.
- Cudowna. - ucałowała mój policzek, zachichotałam, oderwałam się od uścisku mamusi i pobiegłam do brata. Uściskałam go z całej siły, jaką posiadałam w swoim wieku, objął mnie ramieniem.
- Dziękuje! - wykrzyczałam mu do ucha, byłam zachwycona tym.
- Dal ciebie wszystko siostra. - powiedział dumnie, jego uśmiech zarażał mnie, był moim aniołkiem. *
Zaśmiałam się pod nosem na samo wspomnienie tego momentu, było to cudowne uczucie, byłam ważna dla niego. Teraz mam inne wrażenie, gdybym była ważna, to by mnie niw okłamywał. Zaciągnełam się powietrzem, było wymieszane z męskimi perfumami, co mnie troszkę ździwiło. Otworzyłam oczy i ujrzałam nie znajomą mi twarz, przestraszyłam się trochę. Uważnie zeskanowałam twarz nieznajomego, było w nim coś znajomego, może go widziałam kiedyś. Patrzył się tępo przed siebie, co mnie strasznie irytowało. Nic nie poradzę na fakt, że jestem w gorącej wodzie kąpana.
- Kim jesteś? - spytałam w miare spokojnie, nie chciałam aby wyczuł mój strach czy poirytowanie.
- Nie musisz tego wiedzieć. - zaśmiał się kpiąco, dalej patrząc się przed siebie. No co za dupek, dość, że nie wiem kim jest, to nawet nie raczy mnie spojrzeniem. Małpy go w zoo wychowywały czy orangutany w dżungli?
- To w takim razie powiesz mi czego chcesz? - skupiłam wzrok na miejscu, w które uparczie patrzył mój towarzysz, a raczej przybłęda. Nic ciekawego tam nie było, drzewa, ławka, trawa. Nie wiem co on w tym punkcie widzi, ale można dostać obłędu od patrzenia w nie.
- Powiedzmy, że mam dla Ciebie zlecenie. - spojrzał na mnie, te same tęczówki, doskonale je pamiętam.
* Trawa, koc, niebo i my. Kochałam takie popołdnia z moim ukochany, zawsze tylko my, z dala od wszystkiego i wszystkich.
- Jak myślisz, co będzie za kilka lat? - zapytałam go, patrząc w te cudowne brązowe tęczówki, kochałam je. Zawsze była w nich radość, pomimo bólu w środku. Przejechał dłonią po moim ramieniu, dając przy tym mi dreszcz, przyjemny. Zaśmiałam się delikatnie i wtuliłam bardziej w jego tors.
- Jak to co? My. - powiedział pewny siebie, tak jakby znał doskonale dalsze swoje i moje życie. *
- Słyszysz mnie? - wyrwałam się z tego toku myślenia, spojrzałam zdezorientowana na chłopaka obok. - O czym myślałaś? - nie wiedziałam skąd padło to pyatnie, może to moja wyobraźnia, a może on. Czułam mały mętlik w głowie, wszystko było inne niż 3 min temu.
- Jakie zlecenie? - spojrzałam niepewnie na niego, miał to coś w oczach. Dobra stop, nie wiem kim on jest i jakie ma zamiary ale musze się dowiedzieć.
- Zabijesz dla mnie kogoś. - powiedział spokojnie, w jednej chwili myślałam, że to żart. Jednak powaga sytuacji mówiła, że mam się bać i tak też było. Całkowicie mnie zamurowało, gdybym była w jakiejś kreskówce to napewno dawno bym zgubiła szczenkę.
- Hahaha ale się uśmiałam. - rzuciłam sarkastycznie, nie wiem w czym tkwie ale napewno to nie jakaś komedia.
- Nie masz wyjścia. - zaśmiał się i wstał. - Mogłaś nie zabijać ich. - dodał, po czym poraz drugi zaśmiał się, lecz po chwili spoważniał. Przez myśli przeleciało całe moje mordercze życie, nie wiedziałam jakim cudem on wie. Może mnie śledzi od lat, wie o każdym moim ruchu, co robie.
- Kim ty do cholery jesteś? - wstałam z ławki, czułam narastającą irytację. Jakby ktoś kręcił film i nie powiadomił mnie o tym, a ja jak głupia w tym gram.
- Uspokuj się. - zasalutował mnie, co bardziej potęgowało moje wkurzenie. Nie rozumiem o co w tym wszystkim chodzi, dlaczego ja. Poczułam silną dłoń, która oplotła moją talie, na co się wzdrygłam. - Cicho bądź. - warknął, zdałam sobie sprawę, że to ten sam chłopak. Miałam ochote wywalić mu, pokazać, że nie lubie takich zabaw, ale jest ryzyko, że mi coś zrobi. Stałam nieruchomo, strach stopniowo paraliżował moje ciało, a widok funkcjonariuszy policji potęgował go. Bałam się bardziej, jeżeli mnie szukają, to leże, ale z drugiej strony on. Skoro tak zaragował i przykleił się do mojego ciała, to może jego szukają.
- Ohh.. Ciekawe kogo szukają? Może ciebie? - rzuciłam wbijając wzrok w policjantów, nie wiedziałam co tutaj może się wydarzyć. Bałam się, że to mnie szukają, przecież mnie podejrzewali, a dowody mogły napłynąć. Nie zniose życia w więzieniu, patrzenia na kraty i tych wszystkich gwałcicieli, morderców.
- Stul się, Ciebie też mogą zamknąć. - warknął wprost do mojego ucha, podskoczyłam. - Odezwę się niedługo. - jego oddech drażnił mój kark, czego nie lubiałam. Jednak po chwili ustało, jego dłonie znikneły. Zdezorientowana odwróciłam się do tyłu, jego nie było, super. Normalnie jak tania komedia sensacyjna z kiczowatą fabułą. Dziwnie się czułam, miałam mieszane uczucia, ale nie wiedziałam jak to nazwać. Ruszyłam jak najdalej stąd, gdzie się nie pojawie, zawsze coś. Czy ja musze mieć zawsze takiego cholernego pecha, o co chodzi?
Szłam chodnikiem do bramy głównej parku, chciałam znaleźć się już w domu. No tak, ja nie mam domu, nie wróce tam. Gdybym wiedziała o tym wcześniej, napewno bym nie zgodziła się na coś takiego. Poczułam dość mocne uderzenie w uda, co skupiło mój wzrok. Był blondyn, miał ciemne oczy i po części był podobny do... um.. Justina? Nie to nie możliwe, dla pewności rozejrzałam się aby potwierdzić, braku obecności Justina. Niestety, zbliżał się w naszym kierunku. Od razu zaczełam analizować plan, jednak nawet na to nie miałam chęci. Wszystko krążyło wokół tego chłopaka, co rozmawiał ze mną.. był tak podobny do Josha.. Co ja do cholery bredze, to wszystko, za dużo tego. W tym samym momencie męskie perfumy drażniły moje zmysły, nie musiałam zgadywać aby wiedzieć od kogo tak pachnie. Mimowolnie zaśmiałam się ood nosem, nawet nie potrafie określić dlaczego.
- Widzę, że Jaxon masz dobry gust. - melodyjny głos wydobył się z ust chłopaka, a więc ten mały to Jaxon. Justin, Jaxon ciekawe kto jeszcze u niego w rodzinie ma imię na J.
- To nie chcący. - powiedział zakłopotany chlopczyk, posłałam mu uśmiech, jednak szybko wróciłam wzrokiem do Justina. Te jego hipnotyzujące oczy wpatrywały sie w moją osobę, co było nawet krępujące.
- Myślę, że kawa powinna załatwić cały wypadek. - pewny siebie Juss uśmiechnął się zalotnie, czego nie potrafiłam nieodwzajemnić. Powinnam realizować mój plan, a nie sama poddawać się jego zalotom.
- Może.. - przygryzłam delikatnie dolną wargę, na co chłopak przechal swoim językiem po wardze. On naprawdę nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo kusi.
- Znam kawiarnie niedaleko. - ruszyliśmy przed siebie, oczywiście Justin obok mnie. Miałam wrażenie, że ktoś mnie dalej obserwuje. Może mam jakieś urojenia. Niepewnie obejrzałam się dookoła siebie, co przykuło uwagę chłopaka. - Wszystko dobrze? - nie wiedziałam co mam odpowiedzieć, no ale przecież nie powiem mu co się dzieje. Wtedy bym wszystko zepsuła napewno, a tego teraz nie chce.
Kelnerka przyniosła nam kawe, a małemu lody. Siedzieli obok siebie, a zarazem na przeciwko mnie, dzięki czemu miałam lepszy widok na nich. Obaj byli przystojni, napewno Jaxon bedzie wyrywał wiele dziewczyn. Justin uważnie mnie obserwował, co nie dało się nie zauważyć. Otwierał usta w celu wypowiedzenia czegoś, ale po chwili rezygnował. No ale skoro nie chce mówić, to nie będę nalegać, może ma powody. Od kąd weszliśmy była niezręczna cisza, chciałam ją przerwać, ale nie wiedziałam co mam powiedzieć. Moj wzrok przykuło dwóch mężczyzn, którzy weszli do kawiarni. Nie mieli nic ciekawego w sobie, aby zwrócić konkretną uwagę.
- Szukamy Naomi Lewis i Justina Biebera. - rzucił jeden z mężczyzn, moje serce zamarło. Dlaczego ktoś nas szuka, i co mamy z tym oboje wspólnego. Niepewnie spojrzałam na Justina, który sam nie wiedział o co chodzi.
- Zależy kto pyta. -odezwał się Juss, dwóch mężczyzn zbliżyło się do nas, po czym sięgneli za siebie i wyciągneli broń. Stop! Broń! Czułam panike, strach, wszystko co możliwe. Jaxon zaczął się chować w ramionach Justina, a ja siedziałam nieprzytomna. Wszystko dzialo się tak szybko, huk, ból, zimno.
- Josh Mirror - usłyszałam jedyne słowa, potem nicość mnie zabrała. Nie wiem co się stało, co z Justinem? Gdzie ja jestem, co teraz?
Jak rozdział 4? No trochę się działo, pewnie pogubiliście się o co chodzi.
Jak myślicie co Justin i Naomi mają wspólnego z tym wszystkim i kim jest Josh Mirror? Noo mam nadzieje, że wam się podoba.
Czytasz = Komentarz
Rozdział 5 = 10 komentarzy
poniedziałek, 24 lutego 2014
[ 03 ]
Przytuliłem Jaxona do siebie, usiadłem przy wyspie i analizowałem każdy ruch mojej mamy. Śmiało mogę powiedzieć, że jest cudowna, zawsze chce dla nas jak najlepiej. Spojrzała na mnie z troską, dobrze wiedziałem o co jej chodzi, martwi się. Chciałem jej powiedzieć o tej nowej dziewczynie, jednak nie była by zachwycona, jest uprzedzona do wszystkich dziewczyn. Z rozmyśleń wyrwał mnie brat, który uparcie trząsł moim ramieniem, zachichotałem.
- Justin pójdziemy się pobawić? - nie potrafie mu odmawiać, więc dlaczego miałbym zrobić to tym razem, jest moim bratem i zapewne potrzebuje nnie tak samo jak rodziców. - proszę. - dodał przerywając cisze.
- A lekcje odrobiłeś? - zawiedziony blondyn poszedł zapewne do lekcji, nie lubi się uczyć, ma to po starszym bracie.
- Jak było? - czułem się w tym momencie jak Jaxon, kiedy wraca po szkole do domu, ja przecież jestem duży i takie pytania są zbędne, jednak nie dla wszystkich. Wiem, że się martwi, ale mogłaby darować sobie, takie pytania. - Może chociaż powiesz jak było na treningu? - staneła naprzeciw mnie, opierając swoje dłonie o blat wyspy. Mogłem spokojnie stwierdzić, że nie odpuści i będzie dopytywać.
- Normalnie, wypadłem z formy, musze się przyłożyć, w końcu box to nie jakiś tam taniec. - wstałem, chwyciłem jabłko z koszyka i ruszyłem do swojego pokoju, tam tylko mam cisze.
- Zaraz obiad! - głos rodzicielki zabrzmiał w korytarzu, trafiając we mnie z prędkością światła.
- Nie jestem głodny. - burknąłem, wbiegłem po schodach na górę, wprost do swojego pokoju, zamykając drzwi przy tym. Chwyciłem laptopa z komody, usiadłem na łóżku i odpaliłem sprzęt.
Coś mnie kusiło, aby sprawdzić w wyszukiwarce informacje o tym miejscu. Wklepałem kilka liter na klawiaturze tworząc adres dziewczyny. Wyskoczyło mi jakieś zdjęcia, lecz jeden artykuł mnie zaciekawił, bez żadnego oporu weszłem na strone gazety.
- Córka znajduje zgwałconą i zamordowaną matkę. - przeczytałem na głos tytuł artykułu, przeraziło mnie to trochę, jednak miałem zamiar przeczytać to i tak też zrobiłem. Kolejne słowa, zdania, utwierdzały mnie w tym, że to może być ona. Zdjęcia archiwalne były sprzed kilku lat, był na nich jej dom, ciało w worku. Tylko dlaczego miała kłamać, że się przeprowadziła i dlaczego pojawiła się w środku roku szkolnego w naszej szkole, to wszystko było dziwne. Jednak nie miałem pewności, że tu chodzi o nią, owszem zgadzało się kilka faktów: brat, adres, śmierć matki, ale co z ojcem i ta data. Wszystko działo się jakieś 10 lat temu, a jej rodzice nie żyją od niedawna. Zaczełem się gubić w tym, co jest jej życiem a co nie. Nie rozumiem siebie w tym wszystkim, nic o niej nie wiem, raz widziałem, a czuje jakbym znał ją przez dłuższy czas. Mam mieszane uczucia, chce ją poznać, ale z drugiej strony..
Do moich uszu dobiegły krzyki, zapewne z dołu, kolejna awantura. Wstałem w pośpiech z łóżka, na korytarzu zobaczyłem Jaxona, nie chciałem aby widział to wszystko. Kłótnie były tutaj na pożądku dziennym, kłócili się o błachostki, a najbardziej był mi szkoda młodego.
- Jaxon do pokoju! - wskazałem na drzwi przy których stał blondyn, nie posłuchał mnie, stał dalej. - Powiedziałem coś! - warknąłem, w końcu dotarło do niego, wszedł do swojego pokoju. Zeszłem na dół, krzyki stawały się coraz głośniejsze, co nie było miłe dla moich uszu. Weszłem do środka, mama stała przy blacie, płakała, a ojciec zapewne ją uderzył. Skupili wzrok na mojej osobie, ździwienie zawitało na ich twarzach.
- Wyjdź! - podniesiony ton rozniósł się po pomieszczeniu, jednak mnie to nie ruszyło, nie bałem się. Potrafie się bić, robie to od kilkunastu lat, zawody i wygrane. Może nie jestem jakimś tam królem walk, ale potrafie zrobić krzywdę. - Głuchy jesteś? - warknął, jego mięśnie były napięte, mnie to tylko bawiło. Jestem spokojnym człowiekiem, trudno mnie wkurzyć, chyba że jest to osoba na której mi zależy, to już inna bajka.
- Justin proszę weź Jaxona i wyjdźcie z domu. - błagalny ton mojej rodzicielki przemówił do mnie, nie chciałem jej opuszczać, ale Jaxon. Posłałem spojrzenie ojcu, zawinełem się na góre, młody siedział w swoim pokoju tak jak mu kazałem.
- Jaxon idziemy do parku. - nie musiałem powtarzać się, wstał i poszedł ze mną. Spacerowaliśmy po parku, on nie zadawał pytań, a ja nie musiałem odpowiadać. Jest młody, ale rozumie dobrze co się dzieje w domu, sam jest tego świadkiem.
* Naomi *
Weszłam do domu z zakupami, ku mojemu ździwieniu Samuel był już w domu, siedział w kuchni z laptopem. Weszłam do środka spotykając wzrok brata, był jakiś inny, zaniepokojony. Zaczełam rozpakowywać zakupy, odkładając je na swoje miejsca, po skończonnej czynności chciałam opuścić pomieszczenie i zająć się sobą, ale ciekawiło mnie czego on tak uparcie szuka w internecie. Zrobiłam sobie kawe, czekałam aż wyjdzie chociażby do toalety, po dłuższej chwili czekania wyszedł, bez żadnego oporu zajrzałam do jego laptopa. Zamórowało mnie, to co było w nim totalnie mnie zwaliło z nóg, a w oczach miałam łzy, okłamywał mnie. Przez tyle lat wmawiał mi coś co nie było prawdą, oszukiwał mnie na każdym kroku, teraz wiem skąd ma pieniądze na moje zachcianki. Jednka teraz nic nie chce, nawet tego co mam, nie od niego. Do kuchni wszedł Sam, wściekł się na widok mnie i jego laptopa, miałam to gdzieś.
- Jak mogłeś? - moje słowa posłałam mu wraz z goryczą i nienawiścią, brzydziłam się wszystkim co dotknełam za jego kase. Tyle cierpieliśmy przez niego, a teraz nagle on bierze pieniądze od niego, obiecywał.
- Jakim prawem wsadzasz nos do laptopa i to mojego? - warknął, jednak stał w tym samym miejscu, nie ruszył w moją strone.
- Brzydze się tobą jak i nim. - wytarłam spływające łzy po moim policzku, wyszłam z kuchni, chwyciłam torbę i wyszłam z domu. Nie chciałam spędzać tam ani minuty dłużej, wszystko było oszukiwane, myślał że się nie do wiem.. napewno.
Trzask drzwi wejściowych, które rozległy się pod siłą zapewne Samuela, doszedł do mnie. Jednak nie miałam ochoty na rozmowe z nim, jest taki sam jak ojciec, udowodnił to.
- Noami wróć! - krzyk rozszedł się echem po okolicy, nie reagowałam, miałam go gdzieś, nie istniał dla mnie już. Szłam dalej, chociaż wiedziałam, że nie odpuści, ma charakter po mamie. Na samą myśl o niej poczułam kolejne łzy na policzkach, pozwoliłam im spłynąć, miałam dość. Poczułam silny ucisk, a potem szarpnięcie, Samuel. Nie spojrzałam na niego, brzydziłam się wszystkim co jest za kase ojca, nawet nim.
- Jesteś kłamcą! - warknełam wypuszczając całą złość, która kumolowała się we mnie. Przycisnął mnie do swojego torsu, nie potrzebowałam go i tej udawanej czułości, odepchnełam go. Ździwienie malowało się na jego twarzy.
- Myślałaś, że jak wyciągałem cię z bidula to było mnie stać i na to abyś żyła jak teraz? - miałam ochote wybuchnąć mu w twarz, nagle teraz se przypomniał o tym, potrzebowałam go, płakałam po nocach aby mnie zabrał, ale nigdy nie powiedziałam mu o tym.
- Jesteś taki sam jak ojciec, mama cierpiała przez niego, a ja przez was obojga. - warknełam, wiedziałam że nie powinnam tego powiedzieć, ale emocje wygrały.
- Nigdy nie porównuj mnie do niego! - uniósł ton, na co zaragowałam dreszczem, nie lubiłam kiedy był w takim stanie. Bez słowa ruszyłam, chciałam po być sama, teraz, bez niego. - Gdzie idziesz? Wracaj do domu! - warknął, odwróciłam się do niego, zaśmiałam się na jego słowa.
- Nie twój interes i nie mam domu! - powiedziałam to co ślina przyniosła mi na język, szłam dalej, wisiał mi on i ten jego dom.
- Jeżeli nie wrócisz do 23 dzwonie na policje. - krzyknął, w odpowiedzi dostał mój śmiech, jednak nawet to mnie nie ruszyło.
Spacerowałam po parku, cisza pomagała mi wszystko ułożyć w myślach, teraz tego potrzebowałam. Nie wiem co będzie dalej, nie chce tam wrócić, owszem mam 18 lat, ale tutaj pełnoletnia jestem odpiero od 21 roku życia. Te prawo jest do dupy, chciałabym być już na własnym utrzymaniu, ale to nie takie proste. Usiadłam na ławce, chciałam zapomnieć, teraz wszystko się zmieniło, okłamywał mnie. Wszystko było za kase ojca, obiecywał, że nie nawiąże z nim kontaków, a tu proszę. Dostałam sms'a, dźwięk rozchodził się po parku, tworząc puste echo. Wyciągnełam telefon, numer zastrzeżony, nie chętnie otworzyłam wiadomość :
* Nie wszystko jest prawdą, ale widok Ciebie w parku zaskakuje. xxx *
Rozejrzałam się uważnie, ktoś mnie obserwuje, jednka nie wiem kto. Nie miałem ochoty uciekać, właśnie czekam na ujawnienie się tej osoby, ale co ona miała na myśli pisząc "Nie wszystko jest prawdą [...]"? Zablokowałam klawiaturę, nie miałam ochoty odpisywać, w dupie miałam tą osobę i jej kroki w moją strone. Zamknełam powieki, skupiłam się na szczęśliwych chwilach.
A o to przed nami Rozdział 3. Jakie macie wrażenia?
Chciałam podziękować tym, co są ze mną i czytają moje wypociny.
Chciałabym was prosić o polecanie, komętowanie bloga. Odwdzięcze się jakoś, chociaż nie wiem jak. Komentujcie, dla was to 3 min, a dla mnie motywacja do dalszego działania.
Czytasz = Komentarz
Rozdział 4 = 5 komentarzy.
- Justin pójdziemy się pobawić? - nie potrafie mu odmawiać, więc dlaczego miałbym zrobić to tym razem, jest moim bratem i zapewne potrzebuje nnie tak samo jak rodziców. - proszę. - dodał przerywając cisze.
- A lekcje odrobiłeś? - zawiedziony blondyn poszedł zapewne do lekcji, nie lubi się uczyć, ma to po starszym bracie.
- Jak było? - czułem się w tym momencie jak Jaxon, kiedy wraca po szkole do domu, ja przecież jestem duży i takie pytania są zbędne, jednak nie dla wszystkich. Wiem, że się martwi, ale mogłaby darować sobie, takie pytania. - Może chociaż powiesz jak było na treningu? - staneła naprzeciw mnie, opierając swoje dłonie o blat wyspy. Mogłem spokojnie stwierdzić, że nie odpuści i będzie dopytywać.
- Normalnie, wypadłem z formy, musze się przyłożyć, w końcu box to nie jakiś tam taniec. - wstałem, chwyciłem jabłko z koszyka i ruszyłem do swojego pokoju, tam tylko mam cisze.
- Zaraz obiad! - głos rodzicielki zabrzmiał w korytarzu, trafiając we mnie z prędkością światła.
- Nie jestem głodny. - burknąłem, wbiegłem po schodach na górę, wprost do swojego pokoju, zamykając drzwi przy tym. Chwyciłem laptopa z komody, usiadłem na łóżku i odpaliłem sprzęt.
Coś mnie kusiło, aby sprawdzić w wyszukiwarce informacje o tym miejscu. Wklepałem kilka liter na klawiaturze tworząc adres dziewczyny. Wyskoczyło mi jakieś zdjęcia, lecz jeden artykuł mnie zaciekawił, bez żadnego oporu weszłem na strone gazety.
- Córka znajduje zgwałconą i zamordowaną matkę. - przeczytałem na głos tytuł artykułu, przeraziło mnie to trochę, jednak miałem zamiar przeczytać to i tak też zrobiłem. Kolejne słowa, zdania, utwierdzały mnie w tym, że to może być ona. Zdjęcia archiwalne były sprzed kilku lat, był na nich jej dom, ciało w worku. Tylko dlaczego miała kłamać, że się przeprowadziła i dlaczego pojawiła się w środku roku szkolnego w naszej szkole, to wszystko było dziwne. Jednak nie miałem pewności, że tu chodzi o nią, owszem zgadzało się kilka faktów: brat, adres, śmierć matki, ale co z ojcem i ta data. Wszystko działo się jakieś 10 lat temu, a jej rodzice nie żyją od niedawna. Zaczełem się gubić w tym, co jest jej życiem a co nie. Nie rozumiem siebie w tym wszystkim, nic o niej nie wiem, raz widziałem, a czuje jakbym znał ją przez dłuższy czas. Mam mieszane uczucia, chce ją poznać, ale z drugiej strony..
Do moich uszu dobiegły krzyki, zapewne z dołu, kolejna awantura. Wstałem w pośpiech z łóżka, na korytarzu zobaczyłem Jaxona, nie chciałem aby widział to wszystko. Kłótnie były tutaj na pożądku dziennym, kłócili się o błachostki, a najbardziej był mi szkoda młodego.
- Jaxon do pokoju! - wskazałem na drzwi przy których stał blondyn, nie posłuchał mnie, stał dalej. - Powiedziałem coś! - warknąłem, w końcu dotarło do niego, wszedł do swojego pokoju. Zeszłem na dół, krzyki stawały się coraz głośniejsze, co nie było miłe dla moich uszu. Weszłem do środka, mama stała przy blacie, płakała, a ojciec zapewne ją uderzył. Skupili wzrok na mojej osobie, ździwienie zawitało na ich twarzach.
- Wyjdź! - podniesiony ton rozniósł się po pomieszczeniu, jednak mnie to nie ruszyło, nie bałem się. Potrafie się bić, robie to od kilkunastu lat, zawody i wygrane. Może nie jestem jakimś tam królem walk, ale potrafie zrobić krzywdę. - Głuchy jesteś? - warknął, jego mięśnie były napięte, mnie to tylko bawiło. Jestem spokojnym człowiekiem, trudno mnie wkurzyć, chyba że jest to osoba na której mi zależy, to już inna bajka.
- Justin proszę weź Jaxona i wyjdźcie z domu. - błagalny ton mojej rodzicielki przemówił do mnie, nie chciałem jej opuszczać, ale Jaxon. Posłałem spojrzenie ojcu, zawinełem się na góre, młody siedział w swoim pokoju tak jak mu kazałem.
- Jaxon idziemy do parku. - nie musiałem powtarzać się, wstał i poszedł ze mną. Spacerowaliśmy po parku, on nie zadawał pytań, a ja nie musiałem odpowiadać. Jest młody, ale rozumie dobrze co się dzieje w domu, sam jest tego świadkiem.
* Naomi *
Weszłam do domu z zakupami, ku mojemu ździwieniu Samuel był już w domu, siedział w kuchni z laptopem. Weszłam do środka spotykając wzrok brata, był jakiś inny, zaniepokojony. Zaczełam rozpakowywać zakupy, odkładając je na swoje miejsca, po skończonnej czynności chciałam opuścić pomieszczenie i zająć się sobą, ale ciekawiło mnie czego on tak uparcie szuka w internecie. Zrobiłam sobie kawe, czekałam aż wyjdzie chociażby do toalety, po dłuższej chwili czekania wyszedł, bez żadnego oporu zajrzałam do jego laptopa. Zamórowało mnie, to co było w nim totalnie mnie zwaliło z nóg, a w oczach miałam łzy, okłamywał mnie. Przez tyle lat wmawiał mi coś co nie było prawdą, oszukiwał mnie na każdym kroku, teraz wiem skąd ma pieniądze na moje zachcianki. Jednka teraz nic nie chce, nawet tego co mam, nie od niego. Do kuchni wszedł Sam, wściekł się na widok mnie i jego laptopa, miałam to gdzieś.
- Jak mogłeś? - moje słowa posłałam mu wraz z goryczą i nienawiścią, brzydziłam się wszystkim co dotknełam za jego kase. Tyle cierpieliśmy przez niego, a teraz nagle on bierze pieniądze od niego, obiecywał.
- Jakim prawem wsadzasz nos do laptopa i to mojego? - warknął, jednak stał w tym samym miejscu, nie ruszył w moją strone.
- Brzydze się tobą jak i nim. - wytarłam spływające łzy po moim policzku, wyszłam z kuchni, chwyciłam torbę i wyszłam z domu. Nie chciałam spędzać tam ani minuty dłużej, wszystko było oszukiwane, myślał że się nie do wiem.. napewno.
Trzask drzwi wejściowych, które rozległy się pod siłą zapewne Samuela, doszedł do mnie. Jednak nie miałam ochoty na rozmowe z nim, jest taki sam jak ojciec, udowodnił to.
- Noami wróć! - krzyk rozszedł się echem po okolicy, nie reagowałam, miałam go gdzieś, nie istniał dla mnie już. Szłam dalej, chociaż wiedziałam, że nie odpuści, ma charakter po mamie. Na samą myśl o niej poczułam kolejne łzy na policzkach, pozwoliłam im spłynąć, miałam dość. Poczułam silny ucisk, a potem szarpnięcie, Samuel. Nie spojrzałam na niego, brzydziłam się wszystkim co jest za kase ojca, nawet nim.
- Jesteś kłamcą! - warknełam wypuszczając całą złość, która kumolowała się we mnie. Przycisnął mnie do swojego torsu, nie potrzebowałam go i tej udawanej czułości, odepchnełam go. Ździwienie malowało się na jego twarzy.
- Myślałaś, że jak wyciągałem cię z bidula to było mnie stać i na to abyś żyła jak teraz? - miałam ochote wybuchnąć mu w twarz, nagle teraz se przypomniał o tym, potrzebowałam go, płakałam po nocach aby mnie zabrał, ale nigdy nie powiedziałam mu o tym.
- Jesteś taki sam jak ojciec, mama cierpiała przez niego, a ja przez was obojga. - warknełam, wiedziałam że nie powinnam tego powiedzieć, ale emocje wygrały.
- Nigdy nie porównuj mnie do niego! - uniósł ton, na co zaragowałam dreszczem, nie lubiłam kiedy był w takim stanie. Bez słowa ruszyłam, chciałam po być sama, teraz, bez niego. - Gdzie idziesz? Wracaj do domu! - warknął, odwróciłam się do niego, zaśmiałam się na jego słowa.
- Nie twój interes i nie mam domu! - powiedziałam to co ślina przyniosła mi na język, szłam dalej, wisiał mi on i ten jego dom.
- Jeżeli nie wrócisz do 23 dzwonie na policje. - krzyknął, w odpowiedzi dostał mój śmiech, jednak nawet to mnie nie ruszyło.
Spacerowałam po parku, cisza pomagała mi wszystko ułożyć w myślach, teraz tego potrzebowałam. Nie wiem co będzie dalej, nie chce tam wrócić, owszem mam 18 lat, ale tutaj pełnoletnia jestem odpiero od 21 roku życia. Te prawo jest do dupy, chciałabym być już na własnym utrzymaniu, ale to nie takie proste. Usiadłam na ławce, chciałam zapomnieć, teraz wszystko się zmieniło, okłamywał mnie. Wszystko było za kase ojca, obiecywał, że nie nawiąże z nim kontaków, a tu proszę. Dostałam sms'a, dźwięk rozchodził się po parku, tworząc puste echo. Wyciągnełam telefon, numer zastrzeżony, nie chętnie otworzyłam wiadomość :
* Nie wszystko jest prawdą, ale widok Ciebie w parku zaskakuje. xxx *
Rozejrzałam się uważnie, ktoś mnie obserwuje, jednka nie wiem kto. Nie miałem ochoty uciekać, właśnie czekam na ujawnienie się tej osoby, ale co ona miała na myśli pisząc "Nie wszystko jest prawdą [...]"? Zablokowałam klawiaturę, nie miałam ochoty odpisywać, w dupie miałam tą osobę i jej kroki w moją strone. Zamknełam powieki, skupiłam się na szczęśliwych chwilach.
A o to przed nami Rozdział 3. Jakie macie wrażenia?
Chciałam podziękować tym, co są ze mną i czytają moje wypociny.
Chciałabym was prosić o polecanie, komętowanie bloga. Odwdzięcze się jakoś, chociaż nie wiem jak. Komentujcie, dla was to 3 min, a dla mnie motywacja do dalszego działania.
Czytasz = Komentarz
Rozdział 4 = 5 komentarzy.
niedziela, 2 lutego 2014
[ 02 ]
Podeszłam do schodów, na których leżała moja torebka, a w niej telefon. Wyciągnełam urządzenie, spojrzałam na wyświetlacz, numer nieznany. Odrzuciłam połączenie i wróciłam do kuchni, usiadłam na poprzednim miejscu. W mojej głowie krążyło pytanie "Kto to może być?", jednak nie przyszło mi do głowy nic sensownego. Spojrzałam na zegar, który wisiał na ścianie, Samuel powinien zaraz wrócić i będzie głodny. Zeskoczyłam z blatu, podeszłam do lodówki, otworzyłam ją i pojawił się problem. Kompletna pustka dała o sobie znać, jedynie zakupy ją ratują, westchnełam ciężko. Kiedyś trzeba jechać po nie i tym razem padła kolej na mnie. Ruszyłam do wyjścia, po drodze zgarniając torbę i jakąś bluze z wieszaka. Wychodząc z domu dostrzegłam czarne BMW x6, jak się nie myle. Dokładnie zlustrowałam wzrokim pojazd, nic szczególnego nie zwróciło mojej uwagi. Zamknełam dom, ruszyłam do samochodu, wsiadłam i odjechałam. Postanowiłam wybrać Tesco, było najbliżej i wszystko mogłam dostać na miejscu. Mijałam kolejne ulice, domy, jednak czułam się dziwnie, tak jak by ktoś mnie obserwował, patrzył na każdy mój ruch. Rozejrzałam się na boki, jednak nikogo nie było, spojrzałam na lusterko wsteczne i bingo. Te same czarne BMW jechało za mną, tylko po co ktoś miałby mnie śledzić, nie rozumiem tego. Postanowiłam pobawić się trochę z nim, bądź nią, nie wiedziałam kto kryje się za czarnymi szybami pojazdu. Dodałam gazu, znałam te miasto jak własną kieszeń, nic trudnego zgubić ich. Po dłuższym krążeniu w kółko udało mi się ich zgubić, widać że nie wiedzą o skrótach. Zaśmiałam się triumfalnie, jednak dalej chciałam wiedzieć kim jest ta osoba za kierownicą tamtego auta.
Zaparkowałam samochód na parkingu, upewniłam się, że na pewno ich zgubiłam i wysiadłam z auta. Wziełam koszyk, weszłam do sklepu i przemierzałam między regałami wrzucając co rusz jakieś produkty. Kiedy upewniłam się, że mam wszystko, udałam się do kasy, zapłaciłam i zapakowałam w siatki. Wychodząc ze sklepu, dostrzegłam te same czarne BMW, czułam złość w sobie, nie wiedziałam o co może chodzić. Udałam się do swojego auta, a raczej do Samuela. Wpakowałam zakupy do bagażnika, wsiadła do samochodu i odjechałam. Jedyne co teraz mogę zrobić, to przeczekać albo powiedzieć o tym bratu, co by skutkowało zapewne ochroną mnie 24/7. Wygrzebałam telefon z kieszeni, chwilę się po męczyłam przy odnalezieniu numeru Sama, jednak się udało. Chciałam wcisnąć zieloną słuchawkę, aby nawiązać z nim połączeniem, ale ktoś raczył temu przeszkodzić. Na wyświetlaczu widniał numer zastrzeżony, tym razem postanowiłam odebrać, może potem odpuści i nie będzie dalej dzwonił. Wcisnełam zieloną słuchawkę, ustawiłam głośno mówiący.
- Hallo? - rzuciłam skupiając się na drodze, w końcu prowadziłam. Nikt nie raczył się odezwać, cisza zmyliła mnie z tropu, ktoś się ze mną chce bawić. Tylko jest jeden mały problem, ja nie lubie się bawić. - Hallo? - uniosłam ton, nie miałam ochoty bawić się w kotka i myszkę. - Kim kurwa jesteś? - niemal wykrzyczałam te słowa, jeżeli ktoś chciał mnie tym wkurzyć to jemu się udało.
- Spokojnie. - usłyszałam niski głos, a zarazem zachrypnięty lekko.
- Kim jesteś i czego chcesz? - rzuciłam obojętnie, chociaż nie było mi to obojętne, chciałam wiedzieć o co chodzi.
- Może i zgubiłaś ogon, jednak ja wiem gdzie jesteś. - głos po drugiej stronie urządzenia roześmiał się, tym samym wkurzając mnie totalnie. - Teraz to ty będziesz walczyć o swoje życie, jak inne twoje ofiary. - nie rozumiałam nic z tego, skąd on wie o tym, zaczynam się bać. Nie znam go, nie wiem do czego jest zdolny, a jego słowa trafiły we mnie jak małe szpilki. Nabrałam powietrza w płuca i je wypuściłam, wraz z całym gniewem. - Czemu milczysz, boisz się? - po raz drugi osoba po drugiej stronie zaśmiała się, zacinełam dłonie na kierownicy, czułam gniew i irytacje.
- Nie mam czego. - warknełam, taka też była prawda, nie bałam się śmierci. Była mi dobrze znana w każdym stopniu, przecież to ja zadawałam ją innym.
- To błąd. - nie zdąrzyłam nic powiedzieć, dźwięk zerwanego połączenia rozległ się po wnętrzu samochodu, miałam mieszane uczucia.
* Justin *
Dźwięk upragnionego drzwonka na przerwę lunchu, wyszedłam z klasy jako pierwszy, poczekałam chwilę na Maxa. Kiedy dołączył do mnie ruszyliśmy na stołówkę, gdzie Alfredo grzał nam stolik przy oknie, jak zawsze ten sam. Czułem się jak kiedyś, nic się nie zmieniło oprócz spojrzeń na mnie, jak na zabójcę. Wszyscy patrzyli na mnie jak na najgorszego, a przecież byłem jak oni, normalny. Tylko, że normalni ludzie nie zabijają, pod wpływem emocji, a ja tak. Nie wiem nawet jak ja tego dokonałem, byłem wściekły, a to to była chwila gniewu i potrzeby wyładowania się. Tamten chłopak wpadł na mnie przypadkowo, a ja go potraktowałem jak najgorszego, zatłukłem go tak po prostu. Teraz wszyscy oceniają mnie, że jestem niebezpieczny i bez uczuć, a tak nie jest. Chciałbym cofnąć ten czas, naprawić to i nie dać się złapać w sieć Sophi. Czułem dobrze mi znane perfumy, ona takie używała, delikatne, a zarazem charakterystyczne.
- Cześć Justin. - do moich uszu dobiegł znany mi dobrze głos i jeszcze te perfumy, dobrze wiedziełem, że to Sophia. Nawet nie miałem ochoty spojrzeć na nią, sam fakt, że jest w pobliżu. To wszystko się stało przez nią, ten chłopak, mój pobyt w klinice, depresja.
- Czego? - warknął Alfredo, w końcu wrócił na ziemie.
- Chciałam zapytać jak się czuje nasz Juss. - parchnął na jej słowa, spojrzałem na niego, a on na mnie. Widział, że nie mam ochoty siedzieć w jej towarzystwie, moja mina mówiła sama za siebie.
- Czuje się zajebiście bez takiej suki jak ty, a teraz spierdalaj. - warknął tym razem Max, byłem im wdzieczny, że chcą ją spławić. Stukot obcasów o podłogę dał nam do zrozumienia, że dała se spokój i odeszła, odetchnąłem z ulgą. Poczułem dłoń na swoim ramieniu, spojrzałem na Maxa. - Ona to robi specjalnie. - dodał, dobrze o tym wiedziałem, jednak nie potrafiłem przejść obojętnie obok tego wszystkiego. Kochałem ją, starałem się, a ona.. dobra koniec, musze zacząć żyć na nowo.
Kolejne lekcje mineły dość szybko, ale nie tak jak sobie to wyobrażałem, ona była wszędzie. Może to jest sprawdzian dla mnie, czy dam sobie rade, ale ja nie daje. Mam uczucia jak normalny człowiek, a ona po prostu wszystko mi przypomina. Głośny huk drzwi sporowadził mnie na ziemie, spojrzałem w kierunku, z którego dochodził dźwięk. Postać wkurzonego Alfredo nie uszła mojej uwadze, usiad wkurwiony na ławce, na przeciw mnie i schował twarz w dłonie.
- Co jest stary? - zmartwiło mnie jego zachownie, jest osobą którą ciężko wyprowadzić z równowagi, a widocznie komuś się udało.
- Marri zerwała ze mną. - głos mojego kumpla rozpadł się na milion kawałeczków, rozumiałem go w tym momencie. Tworzyli świetną pare, zawsze razem, a teraz już nie. - Najgorsze, że obwinia za to taniec. - wstał i zaczął chodzić w kółko próbując rozładować emocje, stopniowo wszystko z niego uchodziło, nzwet chęć do życia. Drzwi od szatni się otworzyły a za nich wyszedł trener, był zły, no tak 10 min spóźnienia.
- Długo mam czekać jeszcze? - rzucił poirytowanym głosem, wstałem i pociągnełem Alfredo do drzwi. Weszliśmy na sale, jak to zawsze miałem w zwyczaju, przejrzałem się w wielkim lustrze. Sala była pusta, nie było innych, tylko ja i mój kumpel. Zdezoriętowany spojrzałem na trenera, który przygotowywał muzykę, aby lepiej nam się ćwiczyło, może jesteśmy za wcześnie a trener źle spojrzał na zegarek. - No Bieber, musisz wrócić do formy. - rzucił rozbawiony tym faktem mężczyzna, teraz czuł się lepszy, bo nie dorównam jemu. Jednak mi to nie przeszkadzało, lubię się uczyć i teraz też tak jest. Ustawiłem się w odpowiedniej odległość od lustra, czekałem na dalsze instrukcje, co mam robić. Mordęga trwała 2h, przez które dostawałem opieprz, za brak formy, dobrze o tym wiedziałem, ale zawody za 3 tyg. Musiałem się sprężyć i ostro trenować, w końcu to kocham i chce walczyć. Opadłem na ławce w szatni, byłem kompletnie wyczerpany, nawet nie miałem siły się przebrać. Pod ścianą siedział Alfredo, dalej był pełen emocji, nawet trener nie potrafił do niego przemówić. Ogarnełem się w miare możliwości, pożegnałem z kumplem i trenerem, wyszłem z budynku. Rozejrzałem się po ulicy pełnej aut i dostrzegłem te same żółte auto, którym przyjechała ona. Wsiadłem w pośpiech do swojego BMW, ruszyłem za dziewczyną, ciekawiło mnie gdzie mieszka. Może dostałem obsesji, jednak postanowiłem krążyć za nią po mieście, chciałem wiedzieć o niej jak najwięcej. Czułem się jak jakiś seryjny morderca, który poznaje swoją ofiare, a potem kończy jej życie.
Wjechałem na podjazd przed domem, wiem gdzie mieszka i ten fakt mnie cieszy, chociaż znam ten adres, ale nie pamiętam skąd. Może kiedyś tam byłem i mi się zapisało w mózgu, że znam to miejsce. Jednak muszę stwierdzić, że nie jest z tych normalnych rodzin, owszem jej rodzice nie żyją, z tego co mi powiedziała, ale taki dom na rodzeństwo. Jej brat musi mieć własną firme albo być szefem jakiejś mafi, bo wątpie że normalna praca daje tyle kasy. Zadowolony z dzisiejszego dnia wysiadłem z auta, weszłem do domu, jak zawsze pachniało obiadem, a mój kochany brat Jaxon bawił się w najlepsze. Zawitałem do kuchni, gdzie mama coś pichciła, a Jaxon siedział na blacie i się temu przyglądał.
- Witam. - zwróciłem na siebie uwagę, mama posłała mi spojrzenie pełne troski, natomiast brat podbiegł do mnie i mnie przytulił. To dzięki nim jestem teraz tutaj, wróciłem do szkoły i jakoś staram sobie radzić dla nich.
Jak myślicie, kto śledził Naomi od sklepu, był to Justin czy ten mężczyzna z telefonu?
Czytasz = Komentarz
Rozdział 2 = 5 komentarzy.
Zaparkowałam samochód na parkingu, upewniłam się, że na pewno ich zgubiłam i wysiadłam z auta. Wziełam koszyk, weszłam do sklepu i przemierzałam między regałami wrzucając co rusz jakieś produkty. Kiedy upewniłam się, że mam wszystko, udałam się do kasy, zapłaciłam i zapakowałam w siatki. Wychodząc ze sklepu, dostrzegłam te same czarne BMW, czułam złość w sobie, nie wiedziałam o co może chodzić. Udałam się do swojego auta, a raczej do Samuela. Wpakowałam zakupy do bagażnika, wsiadła do samochodu i odjechałam. Jedyne co teraz mogę zrobić, to przeczekać albo powiedzieć o tym bratu, co by skutkowało zapewne ochroną mnie 24/7. Wygrzebałam telefon z kieszeni, chwilę się po męczyłam przy odnalezieniu numeru Sama, jednak się udało. Chciałam wcisnąć zieloną słuchawkę, aby nawiązać z nim połączeniem, ale ktoś raczył temu przeszkodzić. Na wyświetlaczu widniał numer zastrzeżony, tym razem postanowiłam odebrać, może potem odpuści i nie będzie dalej dzwonił. Wcisnełam zieloną słuchawkę, ustawiłam głośno mówiący.
- Hallo? - rzuciłam skupiając się na drodze, w końcu prowadziłam. Nikt nie raczył się odezwać, cisza zmyliła mnie z tropu, ktoś się ze mną chce bawić. Tylko jest jeden mały problem, ja nie lubie się bawić. - Hallo? - uniosłam ton, nie miałam ochoty bawić się w kotka i myszkę. - Kim kurwa jesteś? - niemal wykrzyczałam te słowa, jeżeli ktoś chciał mnie tym wkurzyć to jemu się udało.
- Spokojnie. - usłyszałam niski głos, a zarazem zachrypnięty lekko.
- Kim jesteś i czego chcesz? - rzuciłam obojętnie, chociaż nie było mi to obojętne, chciałam wiedzieć o co chodzi.
- Może i zgubiłaś ogon, jednak ja wiem gdzie jesteś. - głos po drugiej stronie urządzenia roześmiał się, tym samym wkurzając mnie totalnie. - Teraz to ty będziesz walczyć o swoje życie, jak inne twoje ofiary. - nie rozumiałam nic z tego, skąd on wie o tym, zaczynam się bać. Nie znam go, nie wiem do czego jest zdolny, a jego słowa trafiły we mnie jak małe szpilki. Nabrałam powietrza w płuca i je wypuściłam, wraz z całym gniewem. - Czemu milczysz, boisz się? - po raz drugi osoba po drugiej stronie zaśmiała się, zacinełam dłonie na kierownicy, czułam gniew i irytacje.
- Nie mam czego. - warknełam, taka też była prawda, nie bałam się śmierci. Była mi dobrze znana w każdym stopniu, przecież to ja zadawałam ją innym.
- To błąd. - nie zdąrzyłam nic powiedzieć, dźwięk zerwanego połączenia rozległ się po wnętrzu samochodu, miałam mieszane uczucia.
* Justin *
Dźwięk upragnionego drzwonka na przerwę lunchu, wyszedłam z klasy jako pierwszy, poczekałam chwilę na Maxa. Kiedy dołączył do mnie ruszyliśmy na stołówkę, gdzie Alfredo grzał nam stolik przy oknie, jak zawsze ten sam. Czułem się jak kiedyś, nic się nie zmieniło oprócz spojrzeń na mnie, jak na zabójcę. Wszyscy patrzyli na mnie jak na najgorszego, a przecież byłem jak oni, normalny. Tylko, że normalni ludzie nie zabijają, pod wpływem emocji, a ja tak. Nie wiem nawet jak ja tego dokonałem, byłem wściekły, a to to była chwila gniewu i potrzeby wyładowania się. Tamten chłopak wpadł na mnie przypadkowo, a ja go potraktowałem jak najgorszego, zatłukłem go tak po prostu. Teraz wszyscy oceniają mnie, że jestem niebezpieczny i bez uczuć, a tak nie jest. Chciałbym cofnąć ten czas, naprawić to i nie dać się złapać w sieć Sophi. Czułem dobrze mi znane perfumy, ona takie używała, delikatne, a zarazem charakterystyczne.
- Cześć Justin. - do moich uszu dobiegł znany mi dobrze głos i jeszcze te perfumy, dobrze wiedziełem, że to Sophia. Nawet nie miałem ochoty spojrzeć na nią, sam fakt, że jest w pobliżu. To wszystko się stało przez nią, ten chłopak, mój pobyt w klinice, depresja.
- Czego? - warknął Alfredo, w końcu wrócił na ziemie.
- Chciałam zapytać jak się czuje nasz Juss. - parchnął na jej słowa, spojrzałem na niego, a on na mnie. Widział, że nie mam ochoty siedzieć w jej towarzystwie, moja mina mówiła sama za siebie.
- Czuje się zajebiście bez takiej suki jak ty, a teraz spierdalaj. - warknął tym razem Max, byłem im wdzieczny, że chcą ją spławić. Stukot obcasów o podłogę dał nam do zrozumienia, że dała se spokój i odeszła, odetchnąłem z ulgą. Poczułem dłoń na swoim ramieniu, spojrzałem na Maxa. - Ona to robi specjalnie. - dodał, dobrze o tym wiedziałem, jednak nie potrafiłem przejść obojętnie obok tego wszystkiego. Kochałem ją, starałem się, a ona.. dobra koniec, musze zacząć żyć na nowo.
Kolejne lekcje mineły dość szybko, ale nie tak jak sobie to wyobrażałem, ona była wszędzie. Może to jest sprawdzian dla mnie, czy dam sobie rade, ale ja nie daje. Mam uczucia jak normalny człowiek, a ona po prostu wszystko mi przypomina. Głośny huk drzwi sporowadził mnie na ziemie, spojrzałem w kierunku, z którego dochodził dźwięk. Postać wkurzonego Alfredo nie uszła mojej uwadze, usiad wkurwiony na ławce, na przeciw mnie i schował twarz w dłonie.
- Co jest stary? - zmartwiło mnie jego zachownie, jest osobą którą ciężko wyprowadzić z równowagi, a widocznie komuś się udało.
- Marri zerwała ze mną. - głos mojego kumpla rozpadł się na milion kawałeczków, rozumiałem go w tym momencie. Tworzyli świetną pare, zawsze razem, a teraz już nie. - Najgorsze, że obwinia za to taniec. - wstał i zaczął chodzić w kółko próbując rozładować emocje, stopniowo wszystko z niego uchodziło, nzwet chęć do życia. Drzwi od szatni się otworzyły a za nich wyszedł trener, był zły, no tak 10 min spóźnienia.
- Długo mam czekać jeszcze? - rzucił poirytowanym głosem, wstałem i pociągnełem Alfredo do drzwi. Weszliśmy na sale, jak to zawsze miałem w zwyczaju, przejrzałem się w wielkim lustrze. Sala była pusta, nie było innych, tylko ja i mój kumpel. Zdezoriętowany spojrzałem na trenera, który przygotowywał muzykę, aby lepiej nam się ćwiczyło, może jesteśmy za wcześnie a trener źle spojrzał na zegarek. - No Bieber, musisz wrócić do formy. - rzucił rozbawiony tym faktem mężczyzna, teraz czuł się lepszy, bo nie dorównam jemu. Jednak mi to nie przeszkadzało, lubię się uczyć i teraz też tak jest. Ustawiłem się w odpowiedniej odległość od lustra, czekałem na dalsze instrukcje, co mam robić. Mordęga trwała 2h, przez które dostawałem opieprz, za brak formy, dobrze o tym wiedziałem, ale zawody za 3 tyg. Musiałem się sprężyć i ostro trenować, w końcu to kocham i chce walczyć. Opadłem na ławce w szatni, byłem kompletnie wyczerpany, nawet nie miałem siły się przebrać. Pod ścianą siedział Alfredo, dalej był pełen emocji, nawet trener nie potrafił do niego przemówić. Ogarnełem się w miare możliwości, pożegnałem z kumplem i trenerem, wyszłem z budynku. Rozejrzałem się po ulicy pełnej aut i dostrzegłem te same żółte auto, którym przyjechała ona. Wsiadłem w pośpiech do swojego BMW, ruszyłem za dziewczyną, ciekawiło mnie gdzie mieszka. Może dostałem obsesji, jednak postanowiłem krążyć za nią po mieście, chciałem wiedzieć o niej jak najwięcej. Czułem się jak jakiś seryjny morderca, który poznaje swoją ofiare, a potem kończy jej życie.
Wjechałem na podjazd przed domem, wiem gdzie mieszka i ten fakt mnie cieszy, chociaż znam ten adres, ale nie pamiętam skąd. Może kiedyś tam byłem i mi się zapisało w mózgu, że znam to miejsce. Jednak muszę stwierdzić, że nie jest z tych normalnych rodzin, owszem jej rodzice nie żyją, z tego co mi powiedziała, ale taki dom na rodzeństwo. Jej brat musi mieć własną firme albo być szefem jakiejś mafi, bo wątpie że normalna praca daje tyle kasy. Zadowolony z dzisiejszego dnia wysiadłem z auta, weszłem do domu, jak zawsze pachniało obiadem, a mój kochany brat Jaxon bawił się w najlepsze. Zawitałem do kuchni, gdzie mama coś pichciła, a Jaxon siedział na blacie i się temu przyglądał.
- Witam. - zwróciłem na siebie uwagę, mama posłała mi spojrzenie pełne troski, natomiast brat podbiegł do mnie i mnie przytulił. To dzięki nim jestem teraz tutaj, wróciłem do szkoły i jakoś staram sobie radzić dla nich.
Jak myślicie, kto śledził Naomi od sklepu, był to Justin czy ten mężczyzna z telefonu?
Czytasz = Komentarz
Rozdział 2 = 5 komentarzy.
niedziela, 19 stycznia 2014
[ 01 ]
* Stratford *
Po śmierci Josha, policja mnie przesłuchiwała wiele razy, nawet uważali, że to ja go zabiłam. Owszem zrobiłam to, byłam świadoma swojego czynu i nie żałuje tego. Jednak policja była tak głupia, że pomineli jeden kluczowy dowód, mianowice moje wcześniejsze zbrodnie. Tak, to nie pierwszy raz, wybieram ofiary, które są podobne do mojego ojca. Rozkochuje ich a kiedy robią dla mnie wszystko, zabijam, mam pewność, że nikogo nie skrzywdzą jak mój ojciec mnie i mame. Zabiła się przez niego, to wszystko jego wina, do tej pory widze obraz jej śmierci. Mówią, że czas leczy rany, jednak to gówno prawda, ja doskonale pamiętam. Pamiętak każdy szczegół z dnia, w którym umierała, jak bardzo cierpiała. Samuel próbuje mi pomóc, jednak pomysł z psychiatrą to, totalne dno. Pewnie myśli jak wszyscy, że jestem psychiczna, w końcu zabiłam 8 osób. Nikt nie wie o moich ofiarach, do tej pory udawało mi się to doskonale tuszować, jednak z Joshem coś poszło nie tak. Skończyło się na podejrzeniach, nie mieli wystarczającej ilości dowodów aby mnie zamknąć.
Dzisiaj mam zanieść papiery do nowej szkoły, z poprzedniej mnie wywali za sprawe z Joshem. Zrobiło się za dużo szumu, nawet nie wiem o co, to tylko jeden facet. Wstałam z łóżka, ubrałam białą bokserkę i szorty, włosy pozostawiłam rozpuszczone a makijaż zrobiłam podstawowy. Przejrzałam się w lustrze, jak na niewinną uczennice powinno być dobrze, zaśmiałam się. Chwyciłam torbę z potrzebnymi rzeczami i białą teczkę z dokumentami, zbiegłam na dół. Założyłam trampki, chwyciłam skórzaną kurtkę i byłam już gotowa. Skierowałam się do drzwi wejściowych, nacisnełam klamkę i wyszłam. Rozejrzałam się w poszukiwaniu brata, nie chciałam aby się martwił, że bez słowa wyszłam. Dostrzegłam go na podjeździe, grzebał coś w aucie, jak zawsze. Podeszłam do niego od tyłu, objełam dłońmi wokół tali i przytuliłam. Czułam jak się uśmiecha, uwielbiał jak tak robiłam, z resztą który facet tego nie lubił. Mogłabym napisać poradnik uwodzenia facetów, jednak wtedy bym nie była orginalna.
- Ide złożyć papiery do nowej szkoły. - oznajmiłam odrywając się od ciała Samuela, odwrócił się w moją strone i oparł tyłek o maskę auta. - Podwieziesz mnie? - zrobiłam minkę zbitego szczeniaka, zawsze to działa na niego i tym razem też powinno. Zaśmiał się moledyjnie, pokręcił głową z rozbawieniem i wyciągnął kluczyki od auta. Podał mi przedmiot, byłam ździwiona i nie rozumiał jego czynu.
- Pojedziesz sama, ja mam dużo roboty. - rzuciłam mu się na szyje, taki gest z jego strony to rzadkość. On poza swoimi autami świata nie widzi, dla nich oddałby życie. Ruszyłam do samochodu, wsiadłam i odjechałam.
Wysiadłam z auta braciszka, czułam wzrok lasek, zapewne zazdrosnych. Posłałam im uśmiech, który odwzajemniły jednak po chwili otrzymały ode mnie pozdrowienia środkowym palcem. Ich miny bezcenne, laski z toną tapety na mordzie i myślą, że tak zdobędą faceta. Zaśmiałam się pod nosem i ruszyłam w strone budynku, trwała przerwa. Musiałam przeciskać się przez bande bachorów do pokoju dyrektora, po jakimś czasie męczarni dotarłam pod wyznaczony pokój. Zapukałam jak grzeczna uczennica i weszłam do środka, dyrektorka przywitała mnie z uśmiechem. Usiadłam na przeciwko niej ze sztucznym uśmiechem, dawno powinna być na emeryturze a nie siedzieć w tym miejscu. Podałam jej teczkę ze wszystkimi dokumentami, z uwagą wetowała każdą kartkę. Po skończonej czynności swój wzrok przeniosła na moją znudzoną osobe siedzeniem tutaj, zmierzyła mnie uważnie wzrokiem.
- A więc panno Lewis. - powiedziała uważnie wypowiadając moje nazwisko, uniosłam brew do góry, w geście pytającym. - Dlaczego masz zakaz kontaków z płcią przeciwną? - przyglądała mi się z uwagą, mogę powiedzieć śmiało, że wierciła mi dziurę w ciele. - Więc? - poganiała mnie.
- Nie odrabiałam prac domowych i oblewałam egzaminy. - w środku miałam ochote wybuchnąć śmiechem za genialną wymówkę, jednak powstrzymywałam się od tego czynu. Spojrzałam za okno, grupka chłopaków biegała na boisku, ale żadnego nie było dla mnie. Wróciłam wzrokiem na osobę dyrektorki, która znowu wetowała moje dokumenty. Znudzona tym siedzeniem westchnełam głęboko, co przykuło uwagę kobiety.
- Masz jeszcze spotkania z psychiatrą. - pokiwałam twierdząco głową, nie miałam ochoty się wysilać. - Witamy w naszej szkole. - wstała i wyciągneła w moim kierunku dłoń, zrobiłam to co kobieta i uścisnełam jej starą dłoń. Zadowolona faktem, że rozmowa dobiegłam końca, wyszłam z pokoju. Na korytarzu panowała cisza, jedynie pojedyńcze dźwięki z sal, obijały się o moje uszy. W ciszy dotarłam do sekretariatu, gdzie odebrałam plan lekcji.
Wyszłam przed budynek, w którym jeszcze chwile wcześniej się znajdowałam. Oparłam się o poręcz schodów, wyjełam paczkę papierosów a z niej jednego papierosa, które umieściłam w ustach i zapaliłam. Zaciągnełam się dymem nikotyny, poprawiłam bokserkę aby bardziej uwydatniała moje piersi, w końcu czas zwabić ofiarę. Czekanie na przerwę nie trwało długo, zaciągnełam się może z 3 razy i dzwonek zadzwonił, oznajmiając przy tym upragniony moment dla uczniów. Ostrożnie obserwowałam drzwi wejściowe budynku, z którego co chwilę wychodził ktoś. Zaciągnełam się po raz kolejny dymem, dostrzegłam wysokiego bruneta zbliżającego się do mnie, uważnie zmierzyłam go wzrokiem. Może i był przystojny, jednak nie trafił w mój gust.
- Jeszcze cię złapią i będziesz miała kłopoty. - posłał mi uśmiech, odwzajemniłam go.
- Wyrzucą mnie pierwszego dnia? - zaśmiałam się, wzrok przeniosłam na drzwi w nadzieji, że znajdę jakiegoś przystojniaka. Przed budynek wyszła grupka chłopaków, w oczy rzucił mi się chłopak z grzywką postawioną do góry, jego delikatne rysy pasowały do fryzury, bokserka uwydatniała mięśnie a spodnie opuszczone w kroku dodawały uroku. Z rozmyśleń wyrwał mnie brunet stojący obok mnie.
- Pyskata. - powiedział z uśmiechem, jego wzrok spoczywał na mojej osobie, jednak ja nie byłam zainteresowana jego osobą. Całą uwagę skupiłam na grupce chłopaków, śmiali się. - Może oprowadzić cię? - dobił się jego głos do mojej głowy, dostrzegłam wzrok tego chłopaka z grupki na sobie. Teraz albo nigdy! - krzykneła moje zabójcza podświadomość. Przysunełam się bliżej mojego towarzysza i upuściłam torbę tak, aby było widać, że to z jego strony.
- Coś ty zrobił? - wrzasnełam zwracając przy tym dość dużą uwagę, w końcu o to mi chodziło. Kucnełam aby pozbierać rozsypaną zawartość mojej torebki, brunet zrobił to sam, jednak ja tego nie chciałam. Planu nie było, musiałam improwizować i zdać się na wyobraźnie. - Daj mi spokój! - uniosłam głos.
- Josh daj jej spokój. - usłyszałam nieznajomy głos, podniosłam głowę i dostrzegłam przystojnego osobnika płci męskiej. W mgnieniu oka bruneta nie było, natomiast on kucną i pomógł mi pozbierać rzeczy. Po skończone czynności wstałam, on zrobił to samo. - W porządku? - w jego głosie była troska.
- Nie chciał się odczepić. - wskazałam w strone chłopaka, który jeszcze chwilę temu dotrzymywał mi towarzystwa.
- Cały Josh. - odpowiedział i uśmiechnął się. - Jesteś nowa? - dodał po chwili ciszy z naszej strony, skinełam w odpowiedzi na tak.
- Bardzo to widać? - spojrzałam na czubek swoich trampek, jednak po chwili wróciłam wzrokiem na przystojnego chłopaka. Dostrzegłam jego wzrok na moich piersiach, co spowodowało, że wypiełam je jeszcze bardziej do przodu.
- Trochę. - przejechał dłonią po lini swojej szczęki, wyglądał jakby był zakłopotany. - Justin. - wystawił dłoń w moim kierunku, uścisnełam ją z uśmiechem.
- Naomi.
- Przenoszenie się w środku roku szkolnego nie jest najlepszym pomysłem. - no co ty nie powiesz! Twoja widza mnie normalnie zaskakuje Justin. Zaśmiałam się cicho, co przykuło wzrok jakiejś blondynki. Zmierzyłam ją wzrokiem a ona mnie, nie będzie miło z nią.
- Rodzice zmarli i brat postanowił się przeprowadzić. - mogłam dostrzec w jego oczach współczucie, jednak ja go nie potrzebowałam. - Nie musisz mówić, że mi współczujesz. - dodałam zdecydowanie.
- Spotkamy się jeszcze? - zapytał robiąc krok w tył. - Może oprowadzę cię jutro po szkole? - posłał mi uśmiech.
- Brzmi kusząco. - ruszyłam w strone samochodu, odwróciłam się aby dostrzec zazdrosne spojrzenia lasek i dostrzegłam spojrzenie Justina na sobie. Udałam speszoną i zawstydzoną, szybko się odwróciłam. Wsiadłam do auta, odpaliłam silnik i ruszyłam.
Wjechałam na podjazd, zaparkowałam auto i zgasiłam silnik. Nie było w pobliżu auta Samuela, więc będzie dopiero wieczorem. Kompletnie nie wiem czym się zajmuje a przynajmniej on tak myśli, prawda jest taka, że bierze udział w nielegalnych wyścigach i z tego ma kase na to wszystko. Mi osobiście nie przeszkadza, uwielbiam ten sport a na brak kasy nie mogę narzekać. Weszłam do pustego domu, rzuciłam torbę na schody prowadzące do góry a sama skierowałam się do kuchni. Wyjełam sok z lodówki, usiadłam na blacie kuchennym i upiłam łyka słodkiej cieczy.
- No to wpadłeś Justin, gre czas zacząć. - zaśmiałam się pod nosem i upiłam kolejnego łyka. Na korytarzu rozbrzmiał dźwięk mojego telefonu, nie chętnie wstałam i poszłam w kierunku melodi.
Czytasz = Komentarz!
Rozdział 2 = 5 Komentarzy!
Po śmierci Josha, policja mnie przesłuchiwała wiele razy, nawet uważali, że to ja go zabiłam. Owszem zrobiłam to, byłam świadoma swojego czynu i nie żałuje tego. Jednak policja była tak głupia, że pomineli jeden kluczowy dowód, mianowice moje wcześniejsze zbrodnie. Tak, to nie pierwszy raz, wybieram ofiary, które są podobne do mojego ojca. Rozkochuje ich a kiedy robią dla mnie wszystko, zabijam, mam pewność, że nikogo nie skrzywdzą jak mój ojciec mnie i mame. Zabiła się przez niego, to wszystko jego wina, do tej pory widze obraz jej śmierci. Mówią, że czas leczy rany, jednak to gówno prawda, ja doskonale pamiętam. Pamiętak każdy szczegół z dnia, w którym umierała, jak bardzo cierpiała. Samuel próbuje mi pomóc, jednak pomysł z psychiatrą to, totalne dno. Pewnie myśli jak wszyscy, że jestem psychiczna, w końcu zabiłam 8 osób. Nikt nie wie o moich ofiarach, do tej pory udawało mi się to doskonale tuszować, jednak z Joshem coś poszło nie tak. Skończyło się na podejrzeniach, nie mieli wystarczającej ilości dowodów aby mnie zamknąć.
Dzisiaj mam zanieść papiery do nowej szkoły, z poprzedniej mnie wywali za sprawe z Joshem. Zrobiło się za dużo szumu, nawet nie wiem o co, to tylko jeden facet. Wstałam z łóżka, ubrałam białą bokserkę i szorty, włosy pozostawiłam rozpuszczone a makijaż zrobiłam podstawowy. Przejrzałam się w lustrze, jak na niewinną uczennice powinno być dobrze, zaśmiałam się. Chwyciłam torbę z potrzebnymi rzeczami i białą teczkę z dokumentami, zbiegłam na dół. Założyłam trampki, chwyciłam skórzaną kurtkę i byłam już gotowa. Skierowałam się do drzwi wejściowych, nacisnełam klamkę i wyszłam. Rozejrzałam się w poszukiwaniu brata, nie chciałam aby się martwił, że bez słowa wyszłam. Dostrzegłam go na podjeździe, grzebał coś w aucie, jak zawsze. Podeszłam do niego od tyłu, objełam dłońmi wokół tali i przytuliłam. Czułam jak się uśmiecha, uwielbiał jak tak robiłam, z resztą który facet tego nie lubił. Mogłabym napisać poradnik uwodzenia facetów, jednak wtedy bym nie była orginalna.
- Ide złożyć papiery do nowej szkoły. - oznajmiłam odrywając się od ciała Samuela, odwrócił się w moją strone i oparł tyłek o maskę auta. - Podwieziesz mnie? - zrobiłam minkę zbitego szczeniaka, zawsze to działa na niego i tym razem też powinno. Zaśmiał się moledyjnie, pokręcił głową z rozbawieniem i wyciągnął kluczyki od auta. Podał mi przedmiot, byłam ździwiona i nie rozumiał jego czynu.
- Pojedziesz sama, ja mam dużo roboty. - rzuciłam mu się na szyje, taki gest z jego strony to rzadkość. On poza swoimi autami świata nie widzi, dla nich oddałby życie. Ruszyłam do samochodu, wsiadłam i odjechałam.
Wysiadłam z auta braciszka, czułam wzrok lasek, zapewne zazdrosnych. Posłałam im uśmiech, który odwzajemniły jednak po chwili otrzymały ode mnie pozdrowienia środkowym palcem. Ich miny bezcenne, laski z toną tapety na mordzie i myślą, że tak zdobędą faceta. Zaśmiałam się pod nosem i ruszyłam w strone budynku, trwała przerwa. Musiałam przeciskać się przez bande bachorów do pokoju dyrektora, po jakimś czasie męczarni dotarłam pod wyznaczony pokój. Zapukałam jak grzeczna uczennica i weszłam do środka, dyrektorka przywitała mnie z uśmiechem. Usiadłam na przeciwko niej ze sztucznym uśmiechem, dawno powinna być na emeryturze a nie siedzieć w tym miejscu. Podałam jej teczkę ze wszystkimi dokumentami, z uwagą wetowała każdą kartkę. Po skończonej czynności swój wzrok przeniosła na moją znudzoną osobe siedzeniem tutaj, zmierzyła mnie uważnie wzrokiem.
- A więc panno Lewis. - powiedziała uważnie wypowiadając moje nazwisko, uniosłam brew do góry, w geście pytającym. - Dlaczego masz zakaz kontaków z płcią przeciwną? - przyglądała mi się z uwagą, mogę powiedzieć śmiało, że wierciła mi dziurę w ciele. - Więc? - poganiała mnie.
- Nie odrabiałam prac domowych i oblewałam egzaminy. - w środku miałam ochote wybuchnąć śmiechem za genialną wymówkę, jednak powstrzymywałam się od tego czynu. Spojrzałam za okno, grupka chłopaków biegała na boisku, ale żadnego nie było dla mnie. Wróciłam wzrokiem na osobę dyrektorki, która znowu wetowała moje dokumenty. Znudzona tym siedzeniem westchnełam głęboko, co przykuło uwagę kobiety.
- Masz jeszcze spotkania z psychiatrą. - pokiwałam twierdząco głową, nie miałam ochoty się wysilać. - Witamy w naszej szkole. - wstała i wyciągneła w moim kierunku dłoń, zrobiłam to co kobieta i uścisnełam jej starą dłoń. Zadowolona faktem, że rozmowa dobiegłam końca, wyszłam z pokoju. Na korytarzu panowała cisza, jedynie pojedyńcze dźwięki z sal, obijały się o moje uszy. W ciszy dotarłam do sekretariatu, gdzie odebrałam plan lekcji.
Wyszłam przed budynek, w którym jeszcze chwile wcześniej się znajdowałam. Oparłam się o poręcz schodów, wyjełam paczkę papierosów a z niej jednego papierosa, które umieściłam w ustach i zapaliłam. Zaciągnełam się dymem nikotyny, poprawiłam bokserkę aby bardziej uwydatniała moje piersi, w końcu czas zwabić ofiarę. Czekanie na przerwę nie trwało długo, zaciągnełam się może z 3 razy i dzwonek zadzwonił, oznajmiając przy tym upragniony moment dla uczniów. Ostrożnie obserwowałam drzwi wejściowe budynku, z którego co chwilę wychodził ktoś. Zaciągnełam się po raz kolejny dymem, dostrzegłam wysokiego bruneta zbliżającego się do mnie, uważnie zmierzyłam go wzrokiem. Może i był przystojny, jednak nie trafił w mój gust.
- Jeszcze cię złapią i będziesz miała kłopoty. - posłał mi uśmiech, odwzajemniłam go.
- Wyrzucą mnie pierwszego dnia? - zaśmiałam się, wzrok przeniosłam na drzwi w nadzieji, że znajdę jakiegoś przystojniaka. Przed budynek wyszła grupka chłopaków, w oczy rzucił mi się chłopak z grzywką postawioną do góry, jego delikatne rysy pasowały do fryzury, bokserka uwydatniała mięśnie a spodnie opuszczone w kroku dodawały uroku. Z rozmyśleń wyrwał mnie brunet stojący obok mnie.
- Pyskata. - powiedział z uśmiechem, jego wzrok spoczywał na mojej osobie, jednak ja nie byłam zainteresowana jego osobą. Całą uwagę skupiłam na grupce chłopaków, śmiali się. - Może oprowadzić cię? - dobił się jego głos do mojej głowy, dostrzegłam wzrok tego chłopaka z grupki na sobie. Teraz albo nigdy! - krzykneła moje zabójcza podświadomość. Przysunełam się bliżej mojego towarzysza i upuściłam torbę tak, aby było widać, że to z jego strony.
- Coś ty zrobił? - wrzasnełam zwracając przy tym dość dużą uwagę, w końcu o to mi chodziło. Kucnełam aby pozbierać rozsypaną zawartość mojej torebki, brunet zrobił to sam, jednak ja tego nie chciałam. Planu nie było, musiałam improwizować i zdać się na wyobraźnie. - Daj mi spokój! - uniosłam głos.
- Josh daj jej spokój. - usłyszałam nieznajomy głos, podniosłam głowę i dostrzegłam przystojnego osobnika płci męskiej. W mgnieniu oka bruneta nie było, natomiast on kucną i pomógł mi pozbierać rzeczy. Po skończone czynności wstałam, on zrobił to samo. - W porządku? - w jego głosie była troska.
- Nie chciał się odczepić. - wskazałam w strone chłopaka, który jeszcze chwilę temu dotrzymywał mi towarzystwa.
- Cały Josh. - odpowiedział i uśmiechnął się. - Jesteś nowa? - dodał po chwili ciszy z naszej strony, skinełam w odpowiedzi na tak.
- Bardzo to widać? - spojrzałam na czubek swoich trampek, jednak po chwili wróciłam wzrokiem na przystojnego chłopaka. Dostrzegłam jego wzrok na moich piersiach, co spowodowało, że wypiełam je jeszcze bardziej do przodu.
- Trochę. - przejechał dłonią po lini swojej szczęki, wyglądał jakby był zakłopotany. - Justin. - wystawił dłoń w moim kierunku, uścisnełam ją z uśmiechem.
- Naomi.
- Przenoszenie się w środku roku szkolnego nie jest najlepszym pomysłem. - no co ty nie powiesz! Twoja widza mnie normalnie zaskakuje Justin. Zaśmiałam się cicho, co przykuło wzrok jakiejś blondynki. Zmierzyłam ją wzrokiem a ona mnie, nie będzie miło z nią.
- Rodzice zmarli i brat postanowił się przeprowadzić. - mogłam dostrzec w jego oczach współczucie, jednak ja go nie potrzebowałam. - Nie musisz mówić, że mi współczujesz. - dodałam zdecydowanie.
- Spotkamy się jeszcze? - zapytał robiąc krok w tył. - Może oprowadzę cię jutro po szkole? - posłał mi uśmiech.
- Brzmi kusząco. - ruszyłam w strone samochodu, odwróciłam się aby dostrzec zazdrosne spojrzenia lasek i dostrzegłam spojrzenie Justina na sobie. Udałam speszoną i zawstydzoną, szybko się odwróciłam. Wsiadłam do auta, odpaliłam silnik i ruszyłam.
Wjechałam na podjazd, zaparkowałam auto i zgasiłam silnik. Nie było w pobliżu auta Samuela, więc będzie dopiero wieczorem. Kompletnie nie wiem czym się zajmuje a przynajmniej on tak myśli, prawda jest taka, że bierze udział w nielegalnych wyścigach i z tego ma kase na to wszystko. Mi osobiście nie przeszkadza, uwielbiam ten sport a na brak kasy nie mogę narzekać. Weszłam do pustego domu, rzuciłam torbę na schody prowadzące do góry a sama skierowałam się do kuchni. Wyjełam sok z lodówki, usiadłam na blacie kuchennym i upiłam łyka słodkiej cieczy.
- No to wpadłeś Justin, gre czas zacząć. - zaśmiałam się pod nosem i upiłam kolejnego łyka. Na korytarzu rozbrzmiał dźwięk mojego telefonu, nie chętnie wstałam i poszłam w kierunku melodi.
Czytasz = Komentarz!
Rozdział 2 = 5 Komentarzy!
sobota, 11 stycznia 2014
[ 00 ]
Stałam przed domem pogrzebowym, w dłoniach trzymałam jego ulubione kwiaty, tak bardzo mi go brakowało. Podeszłam do podwójnych a zarazem dębowych drzwi, nacisnełam klamkę i weszłma do środka. Wszyscy byli ubrani na czarno, niektórzy płakali, najgorsze, że mnie obwiniali za jego śmierć. Ja nie chciałam, kochałam go, bardzo. Wchodząc w głąb korytarza dostrzegłam tablice z jego zdjęciami, był taki cudowny, opuszkami palców przejechałam po szkle. Chciałaby go teraz zobaczyć, przytulić, pocałować.. Czułam ból w sercu, w oczch łzy, go już nie było. Zbliżyłam twarz do szyby, ucałowałam jego usta, nie było to, takie same jak kiedyś. Wytarłam pojedyńcze łzy, które spływały po moim policzku, stawiałam kolejne kroki w głąb. Weszłam na sale, pod ścianą stała jego trumna a w środku on, podeszłam bliżej zachowując odpowiednią odległość jak inni. Szloch bliskich osób roznosił się po sali, czułam jak z moich oczu lecą łzy, przymknełam powieki. Tak barszo go kochałam, był dla mnie wszystkim a teraz nie ma go.
* Mami! Mamusiu! Obudź się! - płakałam strasznie, moje mamusia nie żyje. Chciałam ją przytulić, chciałam aby się obudziła. Leżała i spała w białym i mięciutki łóżeczku, była ubrana w sukienkę od tatusia. Opuścił nas, nie chciał mnie, ale mama była ze mną. Ona pewnie się obudzi, po śpi chwilę i wstanie jak zawsze, zrobi mi obiadek, pobawi się ze mną. Widziałam jak dwóch panów podchodzi do niej, zamykali jej łóżeczko, płakała, prosiłam aby tego nie robili, przecież mama tylko śpi, ona się obudzi. *
Ktoś strasznie płakał, wyrwał mnie z moich myśli, otworzyłam powieki i spojrzałam na mojego ukochanego. Na trumnie leżała kobieta, strasznie płakał, to była jego matka. Ona mnie obwiniała o śmierć syna, ale ja go kochałam, nie potrafiłam bez niego żyć. Jej wzrok trafił na moją osobe, był pełen nienawiści i gniewu, cofnełam się w strachu. Podniosła się, chciała do mnie podejść, jednak jej mąż ją powstrzymał, szarpała się. Poczułam ucisk na ramieniu, ktoś ciągnął mnie do wyjścia, przecież miała prawo tutaj być, kochałam go. Łzy gromadzące się w moich oczach paliły, serce pękało, nie dali mi się z nim pożegnać. Czułam wszystkich spojrzenia, mordowali mnie nimi a ja przecież nic nie zrobiłam.
- Ja też go kochałam. - zdąrzyłam wypowiedzieć te słowa, ktoś mnie wyprowadził przed budynek i zamknął drzwi za sobą.
Czytasz = Komentarz!
* Mami! Mamusiu! Obudź się! - płakałam strasznie, moje mamusia nie żyje. Chciałam ją przytulić, chciałam aby się obudziła. Leżała i spała w białym i mięciutki łóżeczku, była ubrana w sukienkę od tatusia. Opuścił nas, nie chciał mnie, ale mama była ze mną. Ona pewnie się obudzi, po śpi chwilę i wstanie jak zawsze, zrobi mi obiadek, pobawi się ze mną. Widziałam jak dwóch panów podchodzi do niej, zamykali jej łóżeczko, płakała, prosiłam aby tego nie robili, przecież mama tylko śpi, ona się obudzi. *
Ktoś strasznie płakał, wyrwał mnie z moich myśli, otworzyłam powieki i spojrzałam na mojego ukochanego. Na trumnie leżała kobieta, strasznie płakał, to była jego matka. Ona mnie obwiniała o śmierć syna, ale ja go kochałam, nie potrafiłam bez niego żyć. Jej wzrok trafił na moją osobe, był pełen nienawiści i gniewu, cofnełam się w strachu. Podniosła się, chciała do mnie podejść, jednak jej mąż ją powstrzymał, szarpała się. Poczułam ucisk na ramieniu, ktoś ciągnął mnie do wyjścia, przecież miała prawo tutaj być, kochałam go. Łzy gromadzące się w moich oczach paliły, serce pękało, nie dali mi się z nim pożegnać. Czułam wszystkich spojrzenia, mordowali mnie nimi a ja przecież nic nie zrobiłam.
- Ja też go kochałam. - zdąrzyłam wypowiedzieć te słowa, ktoś mnie wyprowadził przed budynek i zamknął drzwi za sobą.
Czytasz = Komentarz!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)